Piwo, crossfit i nocna komunikacja miejska.

Komunikacja miejska od czasu jak zaczęłam biegać stała się moją ulubioną formą dostawania się na imprezy. Polubiłam chodzić, więc nie jest przeszkodą dojść na przystanek, wsiąść do autobusu, szczególnie mojej ulubionej „elki”, następnie pokonać kolejny odcinek pieszo, aby w końcu dotrzeć do celu. W związku z nowym hobby zamarzyło mi się jeszcze, aby kiedyś z imprezy wrócić „nocnym”.
No i ostatnio mi się udało.
Udało, to dobre słowo 🙂 Pomocny okazał się crossfit, ale…
O tym za chwilę.

Zacznę od początku, samego 🙂

W Poznaniu nastał weekend pod hasłem Targi Piwne. Sobotni wieczór w gronie morsowo-biegowym spędziłam na hali targowej.

12273044_898624013539537_1656822964_ni

Gwar, tłum, stoisk co niemiara. Atmosfera ogólnego rozluźnienia. Rzesze zadowolonych ludzi, zadowolonych do pewnego momentu.
Moment krytyczny następował, gdy okazywało się, że do mózgu dociera informacja, że pęcherz już nie wyrabia.
Przed toaletami kilometrowe kolejki.
Koszmar. Wiem, bo stałam w takowej raz.
Więc gdy drugi raz dostałam od centralnego ośrodka dowodzenia zasobami wodnymi w moim organizmie informację, że to już nie przelewki, postanowiłam zadziałać.
Jola Be, która towarzyszyła mi tego wieczoru, odczuwała taką samą potrzebę.
O dziwo! Nie wiedzieć czemu 😀
Podpytałam sprytniejszych, gdzie są mniejsze kolejki. Jeden z Biegaczy pochylił się nad nami i rozglądając się na boki wyszeptał.
– Wejdźcie po tych schodach – machnął ręką w nieokreślonym kierunku – tam na górę – wskazał nam czarną przestrzeń- ale…- tu zawiesił głos – uważajcie, tam stoją ochroniarze – zachwiał się na nogach- no i musicie szybko biec i udawać, że nic nie słyszycie, i tam na końcu są wolne kibelki – oznajmił z dumą.
Wstałyśmy i poszłyśmy w niewiadomym kierunku. Dotarłyśmy do bardzo wysokich i stromych ruchomych ale unieruchomionych schodów. Wdrapałyśmy się truchcikiem na sam szczyt, ogarnęła nas cisza i półmrok. Powolutku skręciłyśmy w lewo, bardziej na zasadzie intuicji niż wskazówek, które otrzymałyśmy i na paluszkach przemierzałyśmy nieznane nam powierzchnie targowe. Nagle zza pleców dotarł do nas krzyk:
– Staaać!!!!
Reakcja nasza była prawidłowa.Krzyknęłam do Joli Be.
– Szybko, nie oglądaj się – ruszyłyśmy sprintem zanosząc się od śmiechu.- A w ogóle, jakby co, to mów, że jesteś w ciąży i że musisz – dodałam płacząc prawie ze śmiechu.
– No pewnie – krztusząc się krzyknęła moja towarzyszka – na Targach Piwnych w ciąży…
W biegu rozglądałyśmy się w poszukiwaniu wymarzonych symboli, czy to kółko, czy trójkąt, czy pani lub pan, cokolwiek, co oznaczałoby ulgę dla naszych… pęcherzy 🙂
Nagle pojawiły się drzwi, do których po omacku zmierzałyśmy.
– Nie oglądaj się, jak wpadniemy i się zamkniemy, to przecież nas już stąd nie wyciągną – wołałam do Joli Be zanosząc się przy tym ze śmiechu.
– Dobra – ledwo dała radę wykrztusić moja towarzyszka pokładając się prawie ze śmiechu.

Cel został osiągnięty w dużej mierze dzięki kondycji, a kondycja skąd ? No z crossfitu 🙂

Po chwili nadal chichocząc opuściłyśmy miejsce przynoszące ulgę. Zanosząc się od śmiechu, znaczy śmiejąc się szeptem wynurzyłyśmy się na korytarz. W odruchu obronnym założyłyśmy ręce za głowę, ale…
Nikogo nie było.
Uwolniłyśmy śmiech z szeptu i przekrzykując się nawzajem dotarłyśmy do ruchomych nieruchomych schodów i…
Niespodzianka 🙂
Na dole z ramionami skrzyżowanym na piersiach stała pani ochroniarka.
Nadal wesołe zbiegłyśmy na dół.
– Dokumenty- warknęła do nas blokując swym ciałem przejście.
– Jakie ?- parsknęła Jola Be.- Nie mam żadnych dokumentów.
– Ja też – dodałam mimiką porażając panią ochroniarkę.
– Dokumenty!
– Nie mamy- oświadczyłyśmy jednocześnie.
– To bilety wstępu.
Śmiejąc się, szeptem oczywiście, sięgnęłyśmy po nasze bilety.
– Panie są pijane – warknęła pani ochroniarka.
Spojrzałyśmy po sobie i pokładając się ze śmiechu ruszyłyśmy w kierunku naszego stolika 😀

12268995_898599160208689_1107238716_oi

Czas płynął powoli. Wszystko jakby zwolniło.
Nagle, oczywiście wolno, spojrzałam na zegarek i krzyknęłam.
– Za 12 minut mam autobus.
– O której – zapytała Jola Be.
– 23.00. Chyba nie zdążę.
– A może zdążysz ?- bez pośpiechu zapytała Jola.
– 12 minut, szatnia, siku i do Kaponiery… W życiu!- zawiesiłam się na chwilę.
– A może – krzyknęłam do Jolki- lecimy!!!!

I ruszyłyśmy.
Biegiem w kierunku szatni, koło szatni do kibelka. Mała kolejka.W zasadzie jednoosobowa.
– Pani mnie wpuści, za 10 minut mam autobus- krzyknęłam składając ręce jak do modlitwy i lekko przyklękając.
– Proszę.
Wpadłam, po chwili wypadłam krzycząc.
-Jolka, jesteś tam.
– Taaaaak.
– To cześć, ja lecę.

I już mnie nie było.

Galopem zbliżyłam się do szatni. Tam szczupła, niewysoka pani o żółwich ruchach podawała komuś jego okrycie. Wyciągnęłam dłoń z numerkiem:
– Proszę, tak szybciutko, bo za dziesięć minut mam autobus.- cała moja twarz i ciało moje zrobiły się jedną wielką przemiłą prośbą 🙂
Spojrzała na mnie z niechęcią, wyciągnęła wolno rękę…
– Trzeba było wyjść szybciej…
– E wcale mi się nie spieszy- zaśmiałam się – może pani jeszcze wolniej. Nie musi się pani spieszyć – wymamrotałam w tempie ruchów szatniarki.
Gdy w końcu dostałam swą kurtkę, wyrwałam ją i ruszyłam pędem na przystanek.

Zdążyłam 😀 Na autobus czekałam jeszcze z 5 minut.
A zdążyłam, bo…
No wiadomo- crossfit dał mi tę siłę 😉 i moc 🙂

Nadjechał nocny. Umościłam się na siedzeniu i …
Z przerażeniem zauważyłam, że pan siedzący kilka siedzeń dalej wpatruje się we mnie. Nie było to zwykłe spojrzenie. Było to spojrzenie z serii zaczepnych.
Scykałam. Postanowiłam udawać, że nie widzę, że on się gapi. Każdy był chyba w takiej sytuacji, że udawał, że nie widzi, że ktoś na niego patrzy. No więc zachowywałam się jak małpa przed kamerą.
Na szczęście zwolniło się inne miejsce i mogłam usiąść do gościa tyłem.
W połowie drogi autobus opustoszał.
W 3/4 drogi wsiadło 3 może 4 młodych mężczyzn z sześciopakiem piwa i głośno grającym radiem.
Wysiedli na moim przystanku.
Do domu miałam jakieś 800m.
Dziarskim marszem ruszyłam ciemnymi uliczkami.
Muzyka z radia wraz z młodzieńcami za mną.
Czułam się niepewnie, ale przypomniały mi się wskazówki dotyczące samoobrony, których kilka chwil wcześniej udzielił mi, właściwie nam, Łuciu Mors.
– Pamiętajcie- mówił na Targach- najlepiej palec w oczy, pięścią w grdyką i ciągnąć za jaja.

„Jakby co- myślałam idąc z duszą na ramieniu- palce w oczy i za jaja.”
Nagle muzyka ucichła a do uszu moich dotarło wołanie.

– Szóstka. Na pięć sześć. Z tyłu szóstka. Na pięć sześć, z tyłu.

Zrozumiałam, że to do mnie.
„No- pomyślałam- robi się wesoło. Za jaja i w oko”- powtarzałam sobie w myślach.

– Na pięć sześć z tyłu….- powtarzał gość do znudzenia.

Im bliżej byłam domu, tym bardziej miałam ochotę…

Odwrócić się i ich wystraszyć 😀
Łaaaaaaaaaa!!!!!
😀

Rozbiegane Myśli

Autor: Rozbiegane Myśli

Udostępnij ten wpis:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *