Jeśli umiesz liczyć, licz na siebie !

Jeśli umiesz liczyć, licz na siebie!

Stare powiedzenie, które niestety najczęściej się sprawdza. A przekonałam się o tym, gdy znalazłam się w nieznanej mi nadmorskiej, może nadoceanicznej miejscowości. Towarzyszył mi syn. Dotarliśmy do miejscowej atrakcji.
Przede mną rozpościerał się ogromny, wysoki mur, który oddzielał wodę od lądu tworząc coś na kształt tamy. Należało po wąskiej metalowej drabince wskrobać się na górę, aby zobaczyć bezkres natury. Wzburzoną wodę. Zostawiłam plecak synowi i sama, jako pierwsza, zaczęłam się wspinać.
Po dłuższej chwili dotarłam na szczyt. Bezwiednie usiadłam na wąskim murku. Całą mnie objęła groza. Lęk sparaliżował wszelkie czynności życiowe. Po chwili zaczęłam oddychać.
Po drugiej stronie muru szalała woda. Dominowała szarość.  Szarość muru, szarość, zbliżająca się do czerni, wody, gęsta szarość nieba. Fale rozbryzgiwały się o mur, ciężkimi kroplami rosząc na nim obecnych. Spojrzałam w bok i dotarło do mnie, że muszę przejść kilkadziesiąt metrów tym wąskim murkiem z lichą barierką, aby dotrzeć do zejścia, bo…
Nie można było wrócić tą samą drogą.
Spojrzałam w dół. Nie było widać ziemi. Nie nadchodził też mój towarzysz.
Po chwili wiedziałam. Świadomość tego co się stało, rozerwała mi prawie wnętrzności.
Syn mnie zostawił.
Zostałam sama.
Plecak i syn zostali na dole. A ja bez telefonu, w cienkich rzeczach, bez dokumentów…
Cudem jakimś pokonałam trasę i znalazłam się z powrotem na ziemi. Wyglądałam koszmarnie. Zmierzwione włosy, poszarpane, mokre ubrania, dzikość w oku, purpura na twarzy. Znalazłam się w obcym miejscu bez jakiegokolwiek dokumentu tożsamości, bez pieniędzy, bez telefonu. Rozejrzałam się w poszukiwaniu syna. Wśród wielu obcych nie odnalazłam jego sylwetki.
Nagle dostrzegłam znajomych. Podbiegłam i z radością krzyknęłam w ich kierunku:

– Hej, jak dobrze, że was spotkałam…- gdy zobaczyłam ich reakcję, powoli entuzjazm mnie opuszczał- hej, to ja Kasia…

Próbowali mnie ominąć. Chwyciłam znajomego za rękę.

– Ej! No znasz mnie- prawie krzyczałam szarpiąc rękaw jego kurtki- proszę, potrzebuję telefonu….

– Zostaw nas- warknął- nie znamy Cię.

– Jaaaakkkkk tooooo!!!!- krzyknęłam do oddalających się pleców.

Rozejrzałam się wokół. Przechodnie zdecydowanie omijali mnie, niektórzy wskazywali na mnie palcami. Nagle dojrzałam kolejnych znajomych. Bardzo bliskich. Pobiegłam za nimi. Zawołałam koleżankę po imieniu. Odwróciła się, zmierzyła mnie z góry do dołu i odwróciła głowę. Zawołałam jeszcze raz. Spojrzała z pogardą, po czym znowu odwróciła głowę i przyspieszyła szarpiąc przy tym swego partnera.
Przysiadłam na murku. Dygotałam z zimna i przerażenia. Zbliżał się wieczór. Rozejrzałam się po okolicy. Robiło się coraz chłodniej. Dygocząc z zimna szłam ulicami miasteczka. Miejscowość się wyludniała. Znalazłam się na przedmieściach w okolicy dużego sklepu. Dotarło do mnie, że będę musiała przetrwać noc. Obeszłam sklep dookoła. Trafiłam na składowisko kartonów. Znanym z filmów sposobem umościłam sobie kartonowe legowisko. Położyłam się i cała dygocząc próbowałam odpocząć. Głód, zimno i strach nie pozwalały zasnąć. Po jakimś czasie wygrało zmęczenie. Odpłynęłam w nicoś. Nagle obudził mnie wrzask.

– Hej, co tu robisz! – krzyczał ktoś  do mojego ucha.

Zerwałam się na równe nogi i niewiele myśląc zaczęłam uciekać. Człowiek, którego zobaczyłam po przebudzeniu, nawet w dzień nie mógł budzić zaufania. Biegłam z trudem łapiąc oddech. Gdy całkowicie opadłam z sił, padłam na trawę w nieznanym mi parku. Doczołgałam się do ławki. Usiadłam przerażona. Czułam, że popadam w obłęd.
Zrozumiałam, że jestem bez tożsamości. Nie mam dokumentów, nie mam telefonu, pieniędzy.
Zostawił mnie syn, znajomi nie chcą pomóc. Zostałam sama zdana na siebie. Mogłam liczyć tyko na siebie.
Dreszcz wstrząsnął całym ciałem.
Strach sparaliżował mięśnie.
Powoli otworzyłam oczy.
Przez uchylone rolety wpadało słońce, przy łóżku popiskiwał pies córki, w kuchni ktoś się krzątał.
Przeciągnęłam się, ziewnęłam…
Wstałam.
Byłam w domu, telefon leżał na ławie, dokumenty w torebce, pieniądze…
Wszystko na swoim miejscu, a jednak…

Jednak atmosfera snu, towarzyszyła mi cały dzień.

Rozbiegane Myśli

Autor: Rozbiegane Myśli

Udostępnij ten wpis:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *