Empatia…Czyżby blog o wyrazach obcych ?

Empatia-współodczuwanie…

Trudno współodczuwać, gdy się nie wie, co jest grane.
Ot tak zaciemniam od początku, nie po to aby was zniechęcić, tylko dlatego, że nie mogę uporządkować natłoku myśli.
Kilka dni temu dodałam wpis o wizycie u „Chińczyka” Jakież było moje zaskoczenie, gdy zaczęłam otrzymywać sygnały z różnych stron, do różnych ludzi. Znajomi, którzy nie podejrzewali mnie o posiadanie czegoś tak egzotycznego, dali mi wyraźny sygnał: ” Hej, jak będę robił/robiła coś nie tak, daj mi znać/ kopnij mnie, powiedz… ”
Budujące to było i utrzymało mnie w przeświadczeniu, że należy o swych problemach mówić, przybliżać je światu, w ogóle je na świat wypuszczać. Ale najbardziej rozbawiła mnie rozmowa z własną, rodzoną matką 🙂 Dzwonię do mamy dnia następnego rano po opublikowaniu wspomnianego już wpisu:

– Hej mamo, jak minęła noc?
– No tak sobie..
– A co się działo ?
– No bo wiesz…Martwię się to twoją chorobą.
– MAMO, jaką c h o r o b ą ? – ledwo powstrzymałam krzyk, który ciśnie mi się wszędzie, ilekroć słyszę, że mama się o mnie martwi. Nie znoszę tego, bo wtedy ja się martwię, że mama się niepotrzebnie martwi i martwię się, że ja się nie martwię albo że martwię się za mało.
– No wczoraj przeczytałam nowy wpis na blogu.
– Aaaaaa – odsapnęłam z ulgą, bo okazało się, że jednak nic nowego mnie ni zaatakowało – Mamo! Łe jery, choruję od dziecka, a Ty od wczoraj się martwisz ?

No i tak to mniej więcej wygląda. Przez chwilę wspominałyśmy moje zachowania z dzieciństwa, ja porządkowałam sytuacje i triggery, które powodują pogorszenie mego samopoczucia. Edukacja wskazana na każdym poziomie. W atmosferze miłej  pogawędki dojechałam do celu, a było nim spotkanie w małej grupie zawodowej. Pięć osób ze mną, a do tego duży talerz pełen przepysznych rogali marcińskich. Usiedliśmy i zaczęło się. Janusz, siedzący po mojej lewej zaczął konsumpcję. Jakbym nagle teleportowała się do opisywanego ostatnio „Chińczyka”. Trudno uwierzyć,że małą łyżeczką można narobić tyle hałasu. Przy tym rozmowy z buzią wypełnioną smakołykiem. Kolega głośno konsumował, a ja cierpiałam.
Wytrzaskał z dwa rogale, ale nie tak na raz, o nie. Z  p r z e r w a m i !!!
Gdy skończył, poczułam ulgę i przeświadczenie, że teraz będę mogła skupić się na spotkaniu.
Ale nie! Janusz chwyciła kubek i zaczął nim regularnie uderzać w stół,
Nie wytrzymałam i delikatnie wyciągnęłam narzędzie tortur z jego ręki. Odstawiłam daaaaleko, na środek stołu, tak aby wzrok sięgał, ale ręka nie 🙂 Janusz nie zdążył zareagować, gdy odezwał się współuczestnik Juliusz:
– Przy Kaśce nie można stukać, pukać i takie tam.- Juliusz wie, bo kiedyś siedział przy mnie na szkoleniu 🙂
-Czemu? – Lekko zszokowany Janusz szukał wyjaśnienia.
– Nie czytaliście mojego ostatniego wpisu ? To przeczytajcie- chciałam szybko zakończyć temat.

Wróciliśmy do porządku spotkania. Janusz wytrzymał kilka chwil, po czym przyciągnął sobie pod nos talerz z rogalami. Przesunął pozostałe ciastka na skraj i łyżeczką zaczął zagarniać orzeszki, okruchy i płatki lukrowe.

Umarłam. Umierałam wraz z każdym stuknięciem łyżki o szkło.

Bolało mnie wszystko. Czułam się więźniem w sparaliżowanym bólem i strachem ciele.
Usypał kopczyk i go zjadł. Odetchnęłam. Wszystkie moje zmysły zostały zmasakrowane. Z obawą rozejrzałam się wokół, zastanawiając się, czy są jeszcze jakieś zagrożenia. Nie było. Ufff…
Nagle…
Janusz wstał.
Wziął kubek.
Wyszedł do kuchni.
Wrócił.
Usiadł.
Łyżeczka do kubka i zaczęła się zabawa w łapanie, przesuwanie fusów. Nie rozumiałam tego, ale być może sprawiało mu to radość, taką jak dzieciom wpatrywanie się w przetaczające się kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. Wydaje się, że nic takiego. Wydaje się… Zaznaczam, że mieszał metalową łyżeczką w porcelanowym naczyniu.
Brzdęk… brzdęk… brzdęk… brzdęk… brzdęk…
Trudno mi nawet pisać, bo same wspomnienia bolą… Wyszłam ze spotkania prędzej. Nie wytrzymałam napięcia. Wtedy mogłam wyjść, ale wiele razy nie mogę.

Piszę o tym, aby jak najwięcej osób wiedziało, znało hasło MIZOFONIA. Wtedy może uruchomić się empatia. Wiem,że gdyby Janusz wiedział, że mam taki problem, wsytarczyłoby poprosić i już. Ale trudno jest mówić, trudno upominać, trudno prosić. Zresztą wielokrotnie spotykałam się z zaskakującą reakcją ludzi poproszonych o zaniechanie jakiejś czynności. Zdarza się, że poproszony zwiększa dawkę wydawanego hałasu.
Z uśmiechem. I bada moją reakcję. A ja cóż. Panika, chęć ucieczki, ból, strach, bezradność…
Alkoholik jak powie, jestem niepijącym alkoholikiem, nikt mu wódki nie leje.
Mizofonik jak poprosi… Różnie bywa.

No dobra…
Kończę 🙂
Nie zamęczam.
Powiem tylko jeszcze, że chciałabym mieć opaską, taką silikonową, w ładnym kolorze z widocznym napisem: Mam MIZOFONIĘ.
No i że dziękuję wszystkim, którzy starają się zrozumieć mój problem i akceptują mnie wraz z nim 😀
Bardzo to doceniam 🙂

A tak w ogóle, to za kilka dni półmaraton w Tarnowie Podgórnym a wraz z nim, gość specjalny.
Ale o tym w następnych odcinkach 😀

Rozbiegane Myśli

Autor: Rozbiegane Myśli

Udostępnij ten wpis:

1 Comment

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *