Bieg z psem czyli o nowym ogniwie planu treningowego do maratonu

Pod opiekę mą trafił pies rodzinny dziecka mego i partnera dzieckowego: Cezar rasy dziwnej.
Rasa ta jak nic musi być mieszanką kangura z zającem bez odrobiny psa.

Czego się wystrzegać przy wyborze psa? Unikać jak ognia teriera irlandzkiego, chyba że….
O tym w podsumowaniu.

Po dobie spędzonej razem postanowiłam psa wybiegać, zamęczyć, aby rodzinie całej mej własnej psiej i sobie samej spokój na sobotnie popołudnie zapewnić.

Realizacja planu rozpoczęła się od skonstruowania smyczy nadającej się do biegania. Do krótkiej ringówki, bo na takowej właściciele czorta go wyprowadzają, w imię zasady, że bez podduszania nie ma spacerowania, więc do tej ringówki przywiązałam cieniutką, dość długą drugą ringówkę. Słowo cieniutka ma dość duże znaczenie. Gdy konstruowałam linkę do biegania, nie miałam jeszcze tej świadomości. Świadomość zyskałam przy czwartym szarpnięciu się zwierzęcia przyczepionego do końcówki linki.

terier irlandzki

Zapakowałam się w strój treningowy, psa zakutałam w ringówkę i powoli ruszyliśmy.

Doświadczenie z psami mam spore, więc zakładałam, że lekko nie będzie, ale pewna byłam, że po trzech, czterech kilometrach przy mej nodze będzie człapał pokonany Cezar.
Jakże bardzo się myliłam….

Pierwszy kilometr pokonaliśmy na zasadzie kombinowania.Ja: jak tę ringówkę trzymać, gdzie ją przyczepić, czy w lewej ręce, czy w prawej, czy obiema, a może przewiązać w pasie? On: jak ją zaskoczyć, by dopaść do tego kamienia, zaplątać jej nogi smyczą, czy może podciąć…
Na szczęście nie przyszło mi do głowy, aby linkę do kostki przyczepić! Upsss…  widzę już, jak szybuję w powietrzu podcięta energicznym szarpnięciem psa, który w krzakach zauważył kijek, na przykład.

Więc pierwszy kilometr minął na próbowaniu jak najlepiej psa trzymać, dodam, że kolejne mijały na tym samym, ponieważ nie ma sposobu na trzymanie smyczy TEGO psa.

Coś mi jednak przez ten pierwszy i drugi kilometr nie pasowało.

Czułam, że pies ma energię, boleśnie odczuwałam to na mych dłoniach, gdy przy każdym szarpnięciu cienka ringówka wpijała się w nie, ale podświadomie czułam, że pies nie jest na swych pełnych obrotach. Coś go ograniczało.
Nie żeby był wolny, spokojny, albo niemrawy… O nie !!!
Biegliśmy sobie wespół, co jakiś czas pozwalałam przez chwilę powąchać krzaczek, bądź kamyk.

Jednak głównie bieg. Z każdym mijanym metrem bardziej dziwił mnie brak kupy. Z moim psem ledwo daję radę przebiec 200 m do pierwszych nadających się krzaków, a ten czort biegnie, biegnie i nic.

Obserwowałam bestię co to prawie dwa kilometry przebiegła i nic, i nagle…

Do mózgu mego dotarły dawno temu wypowiedziane przez córkę słowa… Zwolniłam, wbiegłam w głąb trawnika, gdzie rosły dorodne krzaki i wtedy… Psia dupa wcisnęła się między gałęzie, na wierzchu pozostał tylko długi, rudy pysk i po chwili….

Łoooo bożeeee moja ręka….. Pies zrzuciwszy zbędny balast zyskał spory zastrzyk energii.
Zaczęła się walka.
Lecę, biegnę, szarpię się ze zwierzęciem przyczepionym do końca linki. A to zwierze jakby się najadło szaleju… A ty diable myślę, polecimy na górkę, podbiegiem Cię załatwię.

terier irlandzki

Dotarliśmy do górki. Ja z uśmiechem, bo oczami wyobraźni już widzę pokonanego psa, ale, co to? Jak to? Pierwsze kroki pod górę, a pies jakby… Kurcze on hop do góry, raz, drugi trzeci… Wiraż, młynek, patyk, ja wkoło siebie, aby ringówka mi nóg nie podcięła, ręka rozszarpana już prawie do krwi, a pies… Jakiż to pies…. Ło boże… niech ten podbieg się skończy…

Skończył się. Ja umachana, jakbym przeleciała po nim z pięć razy, a pies z uśmiechem na mordzie w podskokach szuka kolejnego obiektu wywołującego przypływ energii.

Przyspieszyłam – pies bardziej, zwolniłam – pies przeszedł w rytm skoków.

Córka wspominała, że on około 6 km biega… Dam radę myślę, dam radę, a na siódmym mu pokażę 🙂

Tylko dzięki tej myśli nie utłukłam stwora i nie porzuciłam w lesie.
Lecimy… każdy w swoim rytmie. Dzięki temu opanowałam na dzisiejszym treningu bieg z szybkim wirowaniem wokół własnej osi, bieg z podskokami, nagłym hamowaniem oraz kosmicznym przyspieszaniem.

terier irlandzki

Wszystko co pojawiło się na trasie, czyli: kamień, kijek, kij, gałąź, człowiek pieszy, rowerzysta, dziecko w wózku, pies (to najgorsze), ptak…. Więc cokolwiek się pojawiło, trzeba było to według przekonania Cezara; zjeść, spróbować zjeść, spróbować osikać, skoczyć na to, pobawić się z tym lub tym, ukraść chrupka z małej rączki, przeskoczyć przez to, polizać…

A co najgorsze? Po każdym oderwaniu psa od obiektu zainteresowania, spoglądał na mnie smutnymi oczami i mówił, tzn. Jego oczy mówiły: „nie tak się umawialiśmy…„, a poza tym każda z tych rzeczy, sam ich widok, powodowały skumulowanie energii u psa, którą natychmiast musiał spożytkować w sposób najbardziej oczywisty czyli… przechodząc w nagły sprint albo bieg kołowaty czyli wokół mnie 🙁 Zapewniam, że przez sekundę ssany kawałek drewna czy kory dawał mu takiego powera jak biegaczowi dobrej jakości żel. 

terier irlandzki

Siódmy kilometr nic nie zmienił, ósmy też nie. No z wyjątkiem moich coraz bardziej poranionych dłoni, coraz bardziej wybałuszonych oczu. Oczy poza wybałuszeniem zaczęły robić się czerwone, dzikie, rozbiegane. Z wściekłości. Przed rozszarpaniem zwierzęcia powstrzymało mnie… Nie wiem co! Ale nie rozszarpałam, choć… niewiele brakowało.

Na  końcu 8 kilometra, gdy ja już u kresu sił, wytrzymałości i wszystkiego byłam, szarpnął mną dureń jeden, bo psa za płotem zobaczył. Ból dłoni twarz mi wykrzywił… To tysiąc sześćset pięćdziesiąte czwarte, bądź piąte szarpnięcie ręki przekroczyło me wszelkie granice wytrzymałości, cierpliwości, lubości dla zwierząt wszelakich.

Łups.. nie wiem kiedy u psiego gardła zawisłam, jednym ruchem gościa do gleby przydusiłam, w oczy głęboko mu zajrzałam i wywarczałam gardłowym szeptem:” Nieeeee woooolllnooo.. Nieeee…. yhhhhhhh…” podniosłam się i …

Od tego momentu rozpoczął się nowy etap naszego biegu.

Przez cały 9 kilometr, do samego domu pies biegł w równym tempie z lewej mej strony z nosem na wysokości mego kolana. Żadnych zrywów, młynków, szarpnięć.

Hmmmm…. uwierzyć nie mogłam…. że też nie powaliłam go na pierwszym kilometrze.

Dobiegliśmy do domu w całkowitej zgodzie 🙂

terier irlandzki

Podsumowując:

1. Uważam, że do planu terningowego przygotowującego do maratonu powinien być dodany raz w tygodniu trening z rocznym terierem irlandzkim pt. Cezar – myślę, że właściciele udostępnią go z wielką ulgą kilka razy w tygodniu, więc dla wielu osób wystarczy.

2. Na szczęście bieg z psem nie był doświadczeniem radosnym, bo dzięki temu nie będę marzyła o jego powtórzeniu. Co oznacza, że nie będę musiała prosić  dzieci moich, aby mi Cezarka pożyczyły do biegania  🙂   Jakby co, to one mnie prosić będą, żebym bestię wzięła 🙂

3. Osobom planującym zakup psa wyjaśniam, że terier irlandzki nadaje się głównie dla Kenijczyków biegających w maratonach, bo krótszy dystans wybiegania  na codziennym spacerze nie zagwarantuje w domu tzw. świętego spokoju.

4. Nie wiem, czym karmią tego psa, bo karmę dostałam w słoiku bez etykiety, ale myślę, że powinni to jeść biegacze, bo daje to taką moc, że hohoho…

5. Mimo iż każdy z nas inaczej wyobrażał sobie sobotni spacer, to oba my zadowolone już teraz są. Pieso-kanguro-zając w końcu zasnął, a ja w ciszy i spokoju otoczona mądrymi, grzecznymi, inteligentnymi, spokojnymi, dobrze wychowanymi chihuahuami i  czarnym terierem rosyjskim mogę pisać wspomnienie z dzisiejszego wybiegania.

 

Rozbiegane Myśli

Autor: Rozbiegane Myśli

Udostępnij ten wpis:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *